Chciwość

“Margin Call” (w polskich kinach pod tytułem “Chciwość”) to jeden z ostatnich filmów które wpisują się w modny ostatnio, krytyczny wobec finansokracji nurt wspóczesnego kina. Niczego mu to nie umniejsza. Nałogowym czytaczom ZeroHedge i tym, którym podobał się “Inside Job”. Film nakręcono w kameralnej scenerii – dominują biurowe wnętrza. Akcja dzieje się wśród personelu jednego z amerykańskich funduszy inwestycyjnych i tak naprawdę w większości składa się z rozmów “białych kołnierzyków”. Rozmów ważkich, jak nietrudno się domyślić. Chodzi o to, że panowie zrozumieli że to, co uważali za fantastyczny instrument pochodny, oparty o nieruchomości (MBS, Mortgage Backed Security), jest w rezulultacie kupą śmiecia. Co z tym śmieciem zrobić, posiadając jako jedyny gracz na rynku tę wiedzę? Dowiecie się oglądając film. Gorąco polecam!

Ciekawy wywiad w Polityce

Dziś rano, w drodze do pracy, natrafiłem na dobry tekst. Zrezygnowałem w połowie z czytania o premierze Tusku (ileż można, typowe bicie piany). Parę stron dalej znalazłem wywiad ze szwajcarskim ekonomistą polskiego pochodzenia, Paulem H. Dembinskim, zatytułowany “Zagubiona rzeczywistość”. Pan w spokojny sposób objaśnia swoją tezę o stopniowym zastępowaniu od połowy lat 70 dbania o relacje, dbaniem o transakcje. To tak jakby panu z osiedlowego warzywniaka przestało zależeć na klientach którzy kupują u niego pyszne jabłka, odwdzięczając się pogaduszkami o pogodzie i co tam u zięcia słychać (relacje), zastępując to szybkim opchnięciem chemicznie podejrzanych jabłek kupionych za bezcen z jakiegoś kraju III świata, z marżą 150%, i nie dbaniem o to co się dalej z żołądkami klientów stanie (transakcje). Sprzedać, zapomnieć. To myślenie przeszło od finansowej wierchuszki w dół, aż do szkół (wypuścić masę niedouczonych matołków na rynek, za to z ładnym certyfikatem skończenia studiów za 5000 PLN za rok).

Smutne to, ale niestety prawdziwe. Cały tekst wywiadu znajduje się tutaj: https://pokazywarka.pl/eopfbx/ (Polityka każe się rejestrować, a fe). A druga część bez rejestracji, znajduje się tu: https://www.polityka.pl/swiat/rozmowy/1523933,1,wywiad-zakowski-i-dembinski-o-recepcie-na-kryzys-cz-ii.read

dolarki
Foto: 401K/Flickr

Stało się

No się stało. Rzecz, która czasem nawiedzała mój umęczony mózg. Gdzieś tliła się w tle, czaiła pod mózgową korą. Kto z nas będzie pierwszy? X, Y? Dziś dowiedziałem się że jeden z moich bliskich znajomych ma raka. Ot tak, po prostu napisał wiadomość. Wstrząsająca była ta szczerość, z którą o tym pisał. Wcześnie wykryty, jest szansa że wszystko będzie dobrze. Oby. Rzeczywistość jest jednak brutalnie szczera, pokazuje Ci prawdziwe oblicze w najbardziej nieoczekiwanych chwilach. Jesteśmy kupą cząsteczek która średnio przez siedemdziesiąt parę lat walczy z Entropią. A potem i tak przegrywa.

Occupy Wall Street

No i stało się. Uciemiężony lud USA powstał przeciwko swoim ciemiężycielom. Ruch Occupy Wall Street zmaterializował frustracje przeciętnego Amerykanina i wyległ w nowojorskich parkach, kontestując, śmiecąc, dając się pałować i pryskać gazem. Zaiste, Marks, Lenin i Stalin zaśmiewają się do łez, patrząc na to co dzieje się na Wall Street z zaświatów (mam nadzieję że muszą wysoko zadzierać głowy). A na poważnie – wspaniale, że wreszcie ludziska zrozumieli że zostali w perfidny sposób wydymani przez garstkę kolesi, którzy chichocząc przeliczają grubą kaskę na swoich i akcjonariuszy kontach (vide: Goldman Sachs et consortes). Pytanie: co dalej? Czy ruch rozejdzie się po kościach, czy rewolta zostanie krwawo stłumiona? A może pojawi się jakiś charyzmatyczny lider który założy trzecią partię polityczną w USA i rozpieprzy system od środka? Jedno jest pewne – obecny system chwieje się w posadach. Pytanie, czy kolejny będzie lepszy od niego. W amerykańskiej prasie i blogosferze wrze od przeciwstawnych opinii: jedni chcą opodatkować wszystko i wszystkich i zgromadzoną kasę rozrzucać w iście greckim stylu. Inni zarzucają OWS ekstremalną lewicowość i, uwaga, antysemityzm (bo wśród najgrubszych kotów Wall Street i FED są hojnie reprezentowani Żydzi) – to ciekawe dla Polaka, bo takie opinie pojawiają się ze strony republikańskiej, czyli w polskiej percepcji “prawicowej”. Gdzie u nas, w polskim grajdołku, jest to kompletnie odwrócone, tzw. “skrajna prawica” jest antysemicka. A w USA “prawica” wprost przeciwnie, jest proizraelska (kompleks militarno-przemysłowy gdzieś w końcu musi sprzedawać tę broń, komu jak nie sojusznikom), to “lewica” jest propalestyńska i w efekcie antyizraelska. Historia zna już przypadki kiedy demokracje po wielkich kryzysach i hiperinflacjach zwracały się ku charyzmatycznym liderom którzy obiecywali powywieszać sprawców kryzysów i zapewnić dobrobyt. Oby nowy prezydent USA nie miał na półeczce Mein Kampf.

Zastanawiające jest to, że Amerykanie protestami chcieliby chyba powrócić do dawnych, republikańskich ideałów i mieć po staremu kapitalizm gdzie każdy może od pucybuta zostać milionerem, tudzież prezydentem. Natomiast utożsamiane z OWS protesty w Europie są raczej owocem tęsknoty za socjałem, żeby tajemniczy “ktoś” zapewnił pracę i dobrobyt. Ktoś, ale nie ja osobiście.

Ciężko to ogarnąć szaremu człowiekowi z ulicy, i teoretycznie przeciętnemu zjadaczowi kotleta schabowego powinno być wszystko jedno kto jest u sterów władzy w Waszyngtonie. Niestety nie powinno – nasz kraik jest podpięty do globalnego systemu finansowego który wszystkimi oczyma zwrócony jest na USA i jeśli w tymże USA gówno walnie w wentylator to możemy być pewni że odpryski dolecą i do Polski. Vide rata mojego kredytu hipotecznego w CHF (ach, gdybym nie był takim durniem 4 lata temu….).

Jedno jest pewne – świat nie znosi stagnacji. Ciśnienie w układzie wzrosło na tyle, że gdzieś musi pieprznąć. Pytania brzmią: Kiedy? Gdzie? I – jak mocno?

Foto - Flickr, Creative Commons

Foto – Flickr, Creative Commons

The Road (Droga)

Film, który naprawdę mną wstrząsnął. Ekranizacja powieści Cormaca McCarthy’ego (nota bene | facet jest materiałem na osobny czasy wpis, unikalna postać jak na współczesny świat literatury która w zastraszającym tempie upodabnia się do globalnego fastfooda – Booker Kinga?), którą udało mi się przeczytać w oryginale. I, jak na ekranizację, doskonale oddaje klimat powieści, co jest podejrzane, jak na Hollywoodzką produkcję. Wyobraźmy sobie świat po kataklizmie, w którym resztki ocałałej ludzkości próbują się odnaleźć i sprostać otaczającej rzeczywistości… Stop! Było? Tak, milion razy, do porzygania się wręcz: Mad Max, Terminator, I Am The Legend i wiele, wiele innych produktów. The Road odróżnia się od 99% odfiltrowaniem kiczu, sporym ładunkiem prawdziwych emocji i dużą dozą prawdopodobieństwa. To rzeczywiście może mieć miejsce, świat który widzimy na ekranie faktycznie może tak za kilka lat wyglądać. To Ty możesz iść tytułową drogą i przechodzić przez to co główny bohater. Oby tak się nie stało, na razie możemy takie mroczne antycypacje obejrzeć sobie w zaciszu domowego kina. Absolutnie polecam, daję notę 10/10.

Meltdown

Patrząc na to, co się dzieje w światowej ekonomii, mój nastrój waha się od czarnej rozpaczy do wisielczego humoru. Kilkudziesięciu nadzianych wydrukowanymi pieniędzmi facetów podpala świat na oczach 6 miliardów ludzi. A ludzie ci zasadniczo albo mają temat w dupie albo nic nie mogą zrobić. Ich emerytury tudzież oszczędności parują w tempie gotowanego spirytusu a w międzyczasie zaciska się na szyjach kredytowa pętelka. Zastanawiam się czy nie skończy się to wesołą rzeźnią światową nr III lub mega-gniewem owych dymanych ludzi, skierowanym przeciwko podpalaczom. Wieszanie bankierów na latarniach? Egzekucje Romanow-style? Zaiste, w ciekawych czasach przyszło nam żyć.

dolary

William Gibson

Wziąłem się wreszcie za trylogię Williama Gibsona (Neuromancer, Count Zero, Mona Lisa Overdrive) – dzieło, które jest protoplastą tzw. cyberpunku i było gigantyczną inspiracją dla twórców “Matrixa”. Poraża mnie trafność wizji Gibsona, porównywalna może z Vernem i Lemem: stworzył świat, w którym cyfrowe sieci i wielkie korporacje dyktują warunki ludzkości, biotechnologia traktowana jest jak kosmetyka, konflikty zbrojne i czyny karalne dzieją się równolegle w realu i cyberprzestrzeni, a bohaterowie to zabiegani i zmęczeni życiem wykolejeńcy rozmaitego sortu. Świat, w którym technologia cyfrowa skutecznie zdążyła spenetrować każdy aspekt życia, potrafiąc do złudzenia emulować naturalne środowisko człowieka do takiego stopnia, że trudno rozróżnić cyfrowe projekcje od rzeczywistości a własny mózg można w prosty sposób podłączyć do sieci. Wypisz wymaluj Ziemia za lat kilka. No, może kilkanaście 😉

Ta przyszłość nie ma w sobie nic z naiwnych wizji rodem z kiepskiego kinowego SF lat 60tych: obcisłe, lateksowe ciuszki, białe kaski na głowach, szklane kopuły nad miastami i ciepły syntetyczny głos inteligentnego łóżka budzący cię co rano w Nowej, Wspaniałej Przyszłości. Jest brudna, pełna przemocy i kontrolowanego chaosu. A przez to bardzo realna.

Dodam jeszcze, że za to dzieło warto wziąć się w angielskim oryginale. Polskie tłumaczenie, napisane jeszcze w latach 90tych nie daje po prostu rady; żeby przetłumaczyć coś co jest fabułą, a jednocześnie jest hardkorowo osadzone w cyberświecie, trzeba mieć bardzo specyficzną wiedzę i wyczucie angielskiego slangu. Nie wiem dokładnie, na czym to polega; może dlatego, że angielski jest lingua latina informatyki i tłumaczenie takiego pojęcia jak ICE na prosty, swojski “lód” po prostu głupio brzmi, a z kolei firewall w latach 90tych nie istniał w sferze pojęć? Tłumacz nie popisał się, pamiętam moje męki przed kilkunastu laty i zawód po przeczytaniu Neuromancera. Tym razem czytałem to po angielsku jak w transie, książka absolutnie nie brzmiała obciachowo i niezgrabnie jak jej polski przekład – kto wie, dzieki kilkunastu latom obcowania z internetem w dwóch językach?

PS: zupełnie przypadkiem, szukając obrazka do ilustracji postu, znalazłem info że niejaki Vincenzo Natali zabiera się do ekranizacji Neuromancera. Współczuję facetowi – po obciachu dwóch sequeli Matrixa będzie miał wysoko ustawioną poprzeczkę. Tak czy siak – trzymam cyfrowe kciuki!

William Gibson Neuromancer